Portret starszego mężczyzny w białym kapeluszu przed żółtą ścianą z tablicą ogłoszeń, Guatape.

Pojechałem do Armenii, w której mówią po hiszpańsku

Pojechałem do Armenii. Bez rozmówek polsko-ormiańskich. Wsiadłem w autobus w Bogocie, jechałem kilka godzin i wysiadłem w Armenii. Mało tego, chwilę później byłem w Montenegro, nawet nocowałem.

Kolumbijczycy mają taki sposób nazywania miast, że człowiek z aparatem zaczyna mieć frajdę zanim wyciągnie kartę pamięci. W tym samym regionie kawowym znajdziesz też Filandię, pisaną przez jedno “n”, co jest pewnie ulgą dla fińskiego ambasadora. I Pereirę, która nie nazywa się jak żaden kraj, ale serwuje najlepszą pizzę, jaką jadłem w Ameryce Południowej. Najwyraźniej jako rekompensata za niedostatek nazewniczych ambicji.

Komuna, której się bałem

W przewodnikach od dawna powtarzane jest, że w Medellin trzeba uważać. Z reguły wymieniają Comunę 13 jako miejsce, które jeszcze niedawno było jednym z najniebezpieczniejszych zakątków planety. Pamięć o tych historiach trzyma się dobrze. Sama Comuna trzyma się gorzej, bo zmieniła się tak bardzo, że stara reputacja wisi na niej jak za duża kurtka.

Wszedłem tam z aparatem w ręku i strachem ulokowanym pomiędzy wnętrzem ucha a sercem. Wyszedłem zdziwiony, że w centrum Medellin czułem się gorzej niż w “tej okropnej Comunie”. W centrum aparatu lepiej nie wyciągać. Albo go stracisz, albo zostaniesz wulgarnie zwyzywany przez prostytutki, których jest tutaj mnóstwo. W Comunie chłopaki rapowali na schodach, ktoś częstował mango, ktoś zażywał nowej fryzury przyjemności u fryzjera na świeżym powietrzu.

Nie znaczy to, że w Kolumbii wszędzie jest jak w Disneylandzie. Są miejsca, do których lokalni mówią “nie idź” i to jest cała informacja, jakiej potrzebujesz. Reszta zależy od tego, czy umiesz słuchać.

Koliber z Monserrate

Na Monserrate wjechałem głównie dla widoku Bogoty z 3000 metrów. I dla kościoła. Wyszedłem upokorzony przez ptaka wielkości kilku centymetrów.

Koliber pojawił się nagle i zatrzymał na ułamek sekundy, jakby chciał sprawdzić, czy zdążę. Nie zdążyłem. Wrócił. Zatrzymał się znowu. Tym razem zdążyłem zrobić zdjęcie, na którym jest rozmazana zielona plama. Robiłem tak 10 minut. Mam teleobiektyw, mam autofokus, mam doświadczenie. Mam jedno zdjęcie, które jako tako wygląda.

Prawie dwa kilogramy aparatu i drobniutki ptaszek. Wynik dnia 0:1 dla niego.

Escobar w dwóch odsłonach

Pablo Escobar leży na cmentarzu Jardines Montesacro pod Medellin. Grób raczej skromny jak na człowieka, który był kiedyś jednym z najbogatszych ludzi planety. Do grobu chodzą turyści. Ma “doborowe” towarzystwo - Griselda Blanco De Trujillo, która spoczywa wraz z mężem. Tak, tym, którego zabiła.

Pod Guatape z kolei są ruiny “La Manueli”, willi, którą Escobar wybudował dla córki. W styczniu 1993 jego rywale zbombardowali ją z helikoptera. Dziś został szkielet budynku, pęknięty basen, kawałek molo i czynna restauracja. Płynie się tam łódką, przewodnik opowiada historię z taką samą zawodową precyzją, jaką w Wieliczce stosują przy soli.

Kolumbia ma z Escobarem problem. Niby skończyło się 30 lat temu, niby kraj poszedł dalej, niby nikt tego nie firmuje, nie chcę o tym rozmawiać, temat tabu, a koszulki sprzedają się świetnie.

Klimat zmienia się co kilkaset kilometrów

Kolumbia ma to do siebie, że pogoda zależy nie tylko od pory roku, ale i od tego, na jakiej wysokości akurat zasypiasz. Bogota leży 2640 metrów wyżej niż Cartagena, więc w jednej trzeba kurtki, w drugiej wystarczyłby ręcznik. Cartagena: kolonialne mury, słońce odbijające się od białych ścian, w dzień ciężko bo prześwietlone. Na dodatek trzeba szybko, bo upał.

Bogota: chmury wpełzają w okno hotelu, mgła w południe, neon naprzeciwko. Street photo idealne, bo światło ma charakter.

Dolina Cocora to z kolei coś, czego zdjęciem nie zamknie się w żadnej palecie. Palmy woskowe na 50 metrów, weź to obejmij.

Salento, Filandia i kolory, których nie wymyślił żaden grafik

Miasteczka regionu kawowego wyglądają jakby ktoś zaprosił dziecko do wybrania farb na elewacje. Na czerwono. Tak, zielony też. Niebieski jeszcze. Drzwi pomarańczowe? Pomarańczowe.

W Salento i Filandii fotografia uliczna robi się sama, jeżeli tylko nie przeszkadzasz. Starsi panowie w kapeluszach siedzą na ławkach przy rynku jak siedzieli pewnie 40 lat temu i będą siedzieć kolejne 40, jeżeli zdrowie pozwoli. Czasem przejdzie ktoś z workiem ziaren kawy. Czasem koń. Wystarczy.

Guatape, czyli galeria, która ma 6 tysięcy mieszkańców

W Guatape każdy dom ma dolną część fasady ozdobioną reliefem. Scena z życia, herb rodziny, koń, ananas, święta. Nazywa się to zócalo i pokrywa całe miasteczko jak mała kolorowa galeria, której nikt nie próbował zorganizować, a sama się zorganizowała. Nie widziałem drugiego takiego miejsca.

Obok jest skała El Peñol, na którą wchodzi się ponad 700 schodami. Na górze widok 360 stopni na zalew i zielone wzgórza. Teleobiektyw i tak nie potrzebny, bo wszystko jest blisko.

Hiszpański sam się uczy

Świetny kraj na naukę hiszpańskiego, bo angielskim się nie wybronisz. Większość Kolumbijczyków po angielsku nie mówi, bo po co mieliby. Po tygodniu łapiesz się na tym, że “buenos días” wychodzi szybciej niż “dzień dobry”, a “gracias” wjeżdża automatycznie nawet w polskim sklepie po powrocie.

Ludzie głównie uśmiechnięci. “De Polonia? Lewandowski!”.

Choć nie wszędzie tak. Na targu w Kartagenie atmosfera robi się gęstsza. Spojrzenia inne, tempo inne, aparatu raczej nie wyciągasz. Nic złego mi się tam nie stało, ale zdjęcia, którego nie zrobiłem, żałuję.

Ciekawostka na koniec

Kawa, którą piją Kolumbijczycy, to nie ta kawa, którą eksportują. Najlepsze ziarna idą na Zachód. W kraju produkcji zostaje to, co lokalni nazywają “kawą do picia codziennie”.

Zdjęcia do wpisu

← Wszystkie wpisy