Pałac Kultury i Nauki o zmierzchu, z rozmazaną sylwetką przechodnia w ruchu na pierwszym planie i kioskiem z szyldem "Pasaż" przy wejściu do metra.

Koszmarny sen pijanego cukiernika

Mieszkam w Warszawie i za każdym razem, kiedy jadę do centrum, on tam stoi. Nie pytając o zgodę, nie przepraszając, nie starając się zmieścić. Dwieście trzydzieści siedem metrów bezwstydu. Pałac Kultury i Nauki. Pekin, jak mówią warszawiacy - od skrótu PKiN. Choć niektórzy wolą “patyk”, “strzykawka” albo mój ulubiony - “koszmarny sen pijanego cukiernika”, przypisywany poecie Broniewskiemu.

Nie da się go nie sfotografować. Robisz selfie na Mokotowie - i tak w tle Pałac. Są ludzie, którzy twierdzą, że najlepszy widok na Warszawę jest z tarasu widokowego na trzydziestym piętrze. Bo to jedyne miejsce, z którego go nie widać.

A zaczęło się tak

Stalin zaproponował Bierutowi prezent. Do wyboru: wieżowiec, osiedle mieszkaniowe albo metro. Bierut w przenikliwej mądrości uznał metro za zbędne, dodał też, że osiedle Polacy mogą sobie sami wybudować. I tak metodą eliminacji Warszawa dostała pałac. Metro dobudowaliśmy czterdzieści lat później. Osiedla budujemy do dziś. A Stalin pewnie się uśmiechnął, bo tak naprawdę wybór był jeden - ten, który widać z każdego balkonu.

Główny architekt Lew Rudniew chciał, żeby budynek miał “polski charakter”. Pojechał więc na wycieczkę krajoznawczą - Kraków, Zamość, Chełmno, Kazimierz nad Wisłą. Ujęły go Sukiennice. Pierwsze szkice Pałacu podobno wyglądały bardziej jak kościół niż biurowiec.

Do budowy zużyto czterdzieści milionów cegieł i dwadzieścia sześć tysięcy ton stali. Pracowało przy tym trzy i pół tysiąca robotników radzieckich i cztery tysiące polskich. Radzieccy zarabiali trzy razy więcej. Mieli własne kino, sklepy, stołówkę. Mieszkali w specjalnym miasteczku na Jelonkach. Powstawały mieszane małżeństwa. Żadna inna budowa w Polsce nie zrobiła tyle dla integracji międzynarodowej.

Teraz trochę o pieniądzach

Utrzymanie Pałacu kosztuje mniej więcej tyle, co roczny budżet przyzwoitego miasteczka. Pałac zużywa tyle prądu, co trzydzieści tysięcy mieszkańców. Kiedy ktoś proponuje wyburzenie, warto wiedzieć, że powstałoby dwieście siedemdziesiąt osiem tysięcy ton gruzu i potrzeba by dwudziestu tysięcy ciężarówek do wywiezienia. Gdyby ustawić je w kolejce, sznur samochodów ciągnąłby się mniej więcej od Warszawy do Krakowa.

Zegar Milenijny

Na szczycie, od sylwestra 2000 roku, tyka trzeci co do wielkości zegar w Europie. Cztery tarcze po sześć metrów średnicy każda. Na wysokości stu sześćdziesięciu pięciu metrów.

Nieopodal zegara gniazdują sokoły wędrowne. Nikt ich o zdanie nie pytał. Nikt im nie kazał. Po prostu uznały, że socrealizm ma swoje zalety, przynajmniej jeśli chodzi o gniazdowanie na wietrznych gzymsach.

Piwnice

W piwnicach Pałacu mieszka kilkanaście kotów. Mają swojego opiekuna. W zamian za karmę łapią gryzonie. To chyba jedyny kontrakt w tym budynku, w którym obie strony są zadowolone i nikt nie rozlicza VAT-u.

Pałac ma trzy tysiące dwieście osiemdziesiąt osiem pomieszczeń. Są podziemne tunele sięgające szesnastu metrów pod ziemię, schron atomowy, i - ponoć - apartament przygotowany specjalnie dla Stalina, z którego Stalin nigdy nie skorzystał. Co jest o tyle ironiczne, że to chyba jedyny prezent, który kupujący planował zostawić sobie.

W 2007 roku Pałac wpisano do rejestru zabytków. Protesty były potężne. Bo jak to - symbol radzieckiej dominacji chronimy jako dziedzictwo? A jednak. Nazywanie czegoś zabytkiem to taki polski sposób na pogodzenie się z rzeczywistością. Nie możemy tego zburzyć, nie chcemy na to patrzeć, więc przynajmniej dajemy mu papier, który mówi, że ma prawo tu stać.

A od niedawna Pałac nie jest nawet najwyższym budynkiem w Warszawie. Varso Tower go przegoniło. Trzysta dziesięć metrów. Tyle lat Pałac patrzył na Warszawę z góry - i teraz sam musi patrzeć do góry. Sprawiedliwość dziejowa ma poczucie humoru.

Ja tam go lubię. Nie za historię, nie za ideologię, nie za estetykę. Lubię go za to, że jest absurdalny. Za to, że ktoś kiedyś powiedział “podarujmy Polakom pałac” i Polacy wzruszyli ramionami, a potem przez siedemdziesiąt lat kłócili się, czy to dobrze, czy źle. Za to, że w piwnicy mieszkają koty, na szczycie sokół, a w środku można obejrzeć wystawę pająków i skorpionów. Za to, że da się go nienawidzić i nie wyobrazić sobie bez niego Warszawy jednocześnie. Może to jest najlepsza definicja tego, czym jest dom.

Zdjęcia do wpisu

← Wszystkie wpisy